Intercom – przyjaciel w trasie czy intruz w kasku?

Dla motocyklistów turystycznych i ADV intercom stał się czymś więcej niż gadżetem. Towarzyszy nam przez setki kilometrów, pozwala pogadać z partnerem w trasie, posłuchać muzyki i – co najważniejsze – usłyszeć nawigację tam, gdzie kończą się znaki, a zaczyna przygoda. Na papierze brzmi idealnie. W rzeczywistości… bywa różnie.

Pierwsze zderzenie z rzeczywistością następuje już na etapie montażu. Kask „przystosowany do intercomu” nie zawsze oznacza kask dobrze przystosowany. Gniazda na głośniki potrafią być zbyt płytkie, same głośniki za duże, a efekt końcowy taki, że po dwóch godzinach jazdy czujemy dyskomfort w uszach. Mikrofon? Albo zbiera więcej wiatru niż głosu, albo w najmniej odpowiednim momencie próbuje znaleźć się tam, gdzie absolutnie nie powinien. A w turystyce i ADV komfort to nie luksus – to podstawa.

Do tego dochodzi waga. Centralka zamontowana z boku kasku niby niewiele waży, ale zmienia jego wyważenie. Na krótkim dystansie można to zignorować, jednak na długiej trasie kark zaczyna to odczuwać. Sam mikrofon potrafi też przeszkadzać przy zakładaniu i zdejmowaniu kasku.

Kolejna sprawa to szum i opór powietrza. Im szybciej jedziemy, im bardziej wieje, tym wyraźniej słychać, że na kasku mamy coś więcej niż tylko skorupę. Na otwartych przestrzeniach, w bocznym wietrze czy na szutrach, intercom potrafi dać o sobie znać bardziej, niż byśmy chcieli.

I tu pojawia się paradoks.

Bo mimo tych wszystkich wad nie wyobrażam sobie jazdy bez intercomu. Szczególnie na trasach takich jak TET. Tam, gdzie nie ma znaków, nie ma drogowskazów, a czasem nie ma nawet wyraźnej drogi, nawigacja przestaje być dodatkiem – staje się obowiązkiem. Możliwość usłyszenia lektora, który prowadzi nas przez dzicz, często decyduje o tym, czy jedziemy dalej właściwym śladem, czy błądzimy po lasach i polach, szukając powrotu.

Oczywiście – jakość dźwięku, bateria czy stabilność połączenia to kwestia budżetu. Ale nawet najdroższy zestaw nie zmieni faktu, że intercom to kompromis. Jak wiele rzeczy w motocyklowej turystyce: coś za coś.

A gdy droga się prostuje, szuter przechodzi w asfalt, a dzień powoli dobiega końca… czasem nie ma nic lepszego niż dobre AC/DC w tle. Bo w końcu “It’s a long way to the top…” – szczególnie, gdy jedziesz tam, gdzie kończą się drogi.

LwG

Dodaj do zakładek Link.

Możliwość komentowania została wyłączona.